Opuściłam swoją strefę komfortu, czyli jak ruszyłam tyłek z kanapy.
Bolą mięśnie*.
Po siłowni.
*Nijak nie bolą, bo stosuję suplementację BCAA i ewentualny dyskomfort potreningowy ograniczam do minimum.
Update: Trochę bolą, bo za słabo się rozciągnęłam na koniec. Brawo ja ;]
Zacznijmy jednak od początku...
Bywam typem leniwca. Miewałam zrywy z kanapy i tygodnie regularnych mocnych treningów przeplatane zbyt długą regeneracją i zniechęceniem do aktywności fizycznej. Doskonałą wymówką do nie ruszenia dupy z kanapy zawsze było, jest i będzie przeziębienie lub angina. Jedno i drugie zazwyczaj towarzyszy mi zimą. Nic zatem dziwnego, że to przeziębienie przytuliło mnie jeszcze na dwa tygodnie do łóżka. Ten, kto mnie nie czytał może nie wiedzieć, ale od kilku lat mniej lub bardziej regularnie ćwiczę. Staram się jeść normalnie i regularnie, spożywam dużo płynów, ograniczam używki. Tylko tak po prostu czasem mi się nie chce...
Powiedziałam sobie dość!
Miałam arcy ambitny plan zacząć ćwiczyć na siłowni już od poniedziałku. Jak to jednak w życiu bywa - zaczęłam dwa tygodnie później. W planowany poniedziałek dwa tygodnie temu mnie przewiało. I tak oto minęłam siłownię bokiem i zamiast wpaść w oko trenera, co by mi rozpisał pięknie trening - wylądowałam w ramionach farmaceuty wydając krocie na specyfiki, które miały mnie postawić na nogi. Medycyna działa cuda i sądziłam, że już nastepnego dnia bardziej żywa i zdrowa wreszcie trafię pod opiekę trenera. O ja głupia! W piątek znów odwiedziłam aptekę po mocniejszy arsenał i tak oto cały weekend minął mi na faszerowaniu się pseudoefedryną. Jej zaletą jest działanie, które m.in. ułatwia oddychanie. Rzeczywiście - stawia na nogi. Zabawnym też może okazać się fakt, że po pierwszych godzinach użycia poprawiła mi się koncentracja i gadałam jak nakręcona (a ja co do zasady gadam dużo). Szkoda, że w ulotce nie było informacji o ograniczeniu spożycia kofeiny podczas kuracji. Popijając rzeczoną kawę przeczytałam o tym w 'internetach'.
| bardzo ładna sylwetka, może będzie i moja? |
Wracając do tematu treningu na siłowni..
Zaczęłam w poniedziałek. Poniedziałek dwa tygodnie później niż planowałam.
Wybrałam się po pracy - mój błąd. Powinnam była zrobić to rano, by mieć dużo czasu na obejście wszystkich maszyn. Szczęśliwie złożyło się tak, że razem ze mną zgłosiła się jeszcze jedna dziewczyna, więc we dwie zaatakowałyśmy trenera, żeby nam pokazał maszyny. Nie byłoby kolorowo zrobić sobie krzywdę przez nieumiejętne wykonanie ćwiczen, prawda? Trwało to jakiś kwadrans, podczas którego chyba 4 razy słyszałam wyraźną sugestię, że powinnyśmy wykupić trening personalny. Jak będę miała ochotę i poczuję potrzebę, to tak na pewno zrobię. Siłownia nie jest mi obca - kiedyś regularnie tam zaglądałam w ramach zajęć na studiach. Żeby było weselej wspomnę, iż zajęcia na siłowni były przeznaczone dla kulturystów, a uczestniczyły w nich same studentki ;)
Każdy pierwszy raz trochę boli. Poza tym to strasznie stresujące dla mnie - robić coś pierwszy raz od dawna w nowym miejscu. Naprawdę. W swoim otoczeniu jawię się jako osoba otwarta i nie lękająca się wyzwania, a jednak... potrzebowałam zebrać się w sobie, pogrozić sobie palcem oraz ruszyc tyłek i wyjść ze swojej strefy komfortu. Wyszłam i jestem z tego powodu bardzo radosna.
Na pierwszy ogień poszła rozgrzewka. Uznałam, że najlepszą dla mnie formą rozgrzania się jest bieg na bieżni. Systematycznie podkręcałam sobie prędkość, żeby przygotować ciało do kolejnych ćwiczeń.
Pewnie ktoś mnie skarci, że pierwszego dnia wielkiego powrotu do siłowni zabrałam się za trening nóg... Ja jednak trening nóg i pośladków lubię. Lubię czuć skatowany mięsień. Poza tym z nogami nie mam problemu. Przy większości ćwiczeń, jakie kiedykolwiek wykonywałam, najsilniej pracowały właśnie uda i pośladki. Ale i tak nie mam takiej dupki, jaką będę miała za pół roku.
Wiem, że to złe i karygodne, ale mój pierwszy trening prawie wogóle nie obejmował pleców ani barków. Strasznie nie lubię tych ćwiczeń, ale podejrzewam, że zmuszę się do włączenia ich w codzienne wizyty na siłowni. Mam wątłe ręce, nie mam w nich siły. Ćwiczenie tej partii mięśni uważam za najgorsze z możliwych i najbardziej urazogenne. Bo czym innym nazwać fakt, że wykonując ćwiczenia pod okiem trenera, które technicznie są poprawne, cierpię z powodu bólu stawu łokciowego? Pisząc tego posta wpadłam na to, że być może znów jest jakiś problem z kaletką maziową** - stad też naprawdę odczuwam tarcie przy wykonywaniu niektórych ćwiczeń. Nie wiem, nie jestem lekarzem, ale wiedzę o anatomii i fizjologii człowieka posiadam w stopniu wyższym niż niektórzy znani mi ludzie. Skromność, prawda?
Aktualnie jestem na etapie konstruowania sobie kompleksowego planu treningowego. Najbardziej zależy mi na zrobieniu porządku z 'boczkami'. Generalnie plan jest taki, by przekuć siebie w jędrniejszą wersję. Póki co trzęsę się jak galaretka. Galaretki lubię, ale tylko do jedzenia.
Regularne treningi to tylko jedna strona medalu. To tak naprawdę 30% sukcesu, który jest na wyciągnięcie ręki. Największą pracę stanowi remodeling nawyków żywieniowych i silna determinacja, by dać z siebie wszystko w tej kwestii. Powiadam wam, za wszystkimi mądrymi głowami od żywienia, że efekty 'odchudzania' najbardziej widać wtedy, kiedy rzeczywiście trzymamy się odpowiedniego żywienia. Cudzysłów jest tutaj kluczowy, bo w mojej ocenie odchudzanie silnie kojarzone jest z uprzednim niekontrolowanym przyrostem wagi i głębokim niezadowoleniem z tego faktu. U mnie waga absolutnie nie jest niezadowalająca, a wręcz jest odpowiednia do mojego wzrostu i spokojnie mogłabym jeszcze przybrać 2-3 kg. To co interesuje mnie na serio to: wymiary oraz skład ciała. Tutaj już tak kolorowo nie jest. Zestawienia wymiarów przed i po powrocie na siłownię doczekacie się pewnie za pół roku. Monitoruję regularnie swoje obwody i nie ma się czym chwalić. Mogę się ewentualnie pożalić, ale czemu miałoby to niby służyć?
Zapytana ostatnio o radę w sprawie nadmiernego spożywania słodyczy przypomniałam sobie o fantastycznej metodzie wychwycenia swoich błędów żywieniowych. Być może to monotonne i denerwujące, ale...prowadzenie notesu z rozpiską posiłków, z uwzględnieniem ich ilości i pory dnia, to naprawdę dobre narzędzie.
Monitoring żywienia prowadzony choćby przez tydzień lub dwa powinien odpowiedzieć nam na poniższe pytania:
- W jakich porach spożywamy największe ilości pokarmów?
- Jak długie są przerwy między posiłkami?
- Ile płynów wypijamy w ciągu doby?
- Jaki procent stanowi jedzenie typu fast-food oraz słodycze w naszej diecie?
Skrupulatność będzie opłacalna wtedy, kiedy będziemy naprawdę zdeterminowani do zmiany. Analizując wyniki swoich notatek można dostrzec wszystkie błędy, jakie popełniamy w związku z odżywianiem. To, czy coś z tym zrobimy zależy od nas samych. Nikt nikogo nie zmusi do odstawienia produktów, które ktoś kocha jeść. Umówmy się zresztą, że każdy powinien zdrowo rozsądkowo podchodzić do życia i starać się wybierać dla siebie zdrowsze rozwiązania. Tak więc puszka Coli od czasu do czasu nikomu krzywdy nie zrobi. Ale ta sama puszka, zamieniona na 2-litrowy baniaczek wypijana codziennie przez pół roku doprowadzi do wyhodowania sobie pięknego brzunia, a przy okazji do problemów ze śluzówką przewodu pokarmowego - taki tam bonus.
Jeśli już przy bonusach jesteśmy, to ja zdecydowanie stawiam na bonusy pochodzące z fit combo: regularnej aktywności fizycznej i zdrowego żywienia.
Nie sądziłam, że to napiszę kiedykolwiek w kontekście siłowni, ale odkąd znów ćwiczę - energia mnie rozpiera. Po treningu trwającym średnio ok 1,5h mam siłę i zapał do życia i do robienia mnóstwa rzeczy. Jestem zmęczona, ale to zmęczenie jest tylko fizyczne. Mentalnie czuję się oczyszczona i odrodzona. To jest czas tylko dla mnie, dla zmęczenia swojego ciała, dla zapomnienia o wszelkiego rodzaju problemach i rzeczach, które naprawdę rujnują mi czasem dzień.
Kto by pomyślał, że karnet na siłownię daje tyle radości? ;)
**jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kaletkach maziowych - zapytaj wujka Google ;)
Ps. Przepraszam za ograniczenia postów na blogu, niemniej jednak podgonię w najbliższym czasie zaległości. Reorganizacja czasu wolnego trwa i już niebawem zasypię moich czytelników postami o treści wszelakiej.
Pozdrawiam
Paulina M
Brak komentarzy: